Czytelnia:

dodano 02.07.2017
Czy Wielka Księga jest hamulcem rozwoju AA? czytaj>>>

dodano 01.11.2015
Psycholog Maria Grabowska czytaj>>>

dodano 18.03.2015
Wreszcie zyc - 12 krokow ku pelni zycia czytaj>>>

dodano 03.04.2012
Kto niszczy AA w Polsce? czytaj>>>

dodano 11.01.2012
Czy możliwe jest całkowite wyleczenie? czytaj>>>

dodano 28.09.2011
Wyleczyłem się z alkoholizmu - artykuł kontrowersyjny czytaj>>>

dodano 17.02.2011
Czy będąc niewierzącym mogę skorzystać z programu AA? czytaj>>>

dodano 08.11.2010
Byłem w San Antonio czytaj>>>

dodano 18.10.2010
www.polskiedetroit.com o Anonimowych Alkoholikach i nie tylko czytaj>>>

dodano 17.08.2010
Przeczytałam "Z piekla do trzeżwości" i ... czytaj>>>

dodano 27.04.2010
Czy jestesmy atrakcyjni dla "nowych" w AA? czytaj>>>

dodano 01.11.2009
Ewa Woydyłło - Co nas trzyma w pętli uzależnień? czytaj>>>

dodano 31.08.2009
Fragment z książki ''Z piekła do trzeżwości'' Meszuge czytaj>>>

dodano 05.08.2009
Rozmowa z Wiktorem Osiatyńskim (05.2009 Gazeta Wyborcza) czytaj>>>

dodano 19.06.2009
Fragmenty wywiadu z Wiktorem Osiatyńskim - Lekcja feminizmu czytaj>>>

dodano 21.03.2009
''Życie z kieliszkiem'' - książka dla rodzin osób uzależnionych czytaj>>>

dodano 16.11.2008
Przyszło nam do głowy, żeby nie pić czytaj>>>

dodano 03.11.2008
Wiktor Osiatyński - Trzeźwość, uczciwość, godność. Nic tylko płacz i żal i mrok i nieświadomość i zatrata! czytaj>>>


Fragmenty wywiadu z Wiktorem Osiatyńskim - Lekcja feminizmu

 

Lekcja feminizmu
Maja Ruszpel
Fragment – Rozmowa z Wiktorem Osiatyńskim

– Czy zmieniło się pana myślenie o pisaniu po publikacji jednej z najpopularniejszych pana książek – „Rehab”?

– Odbiór „Rehab” przekonał mnie, że nieporównywalnie ważniejsze i bardziej nośne jest napisanie czegoś, co właśnie dotyka uczuć i życia człowieka.

– Choć historia bohatera „Rehab” – 38-letniego dziennikarza, pisarza, określonego przez pana anonimowym W. – rozpoczyna się od tego, że brzydzi się on uczuć okazywanych przez innych członków wspólnoty, w której odbywa się terapia dla alkoholików.

– „Rehab” mówi o typowym u alkoholika, czy w ogóle uzależnionego, lęku przed otwarciem się na drugą osobę. Otwarciem zarówno psychicznym, jak i czysto fizycznym. Alkoholik potrafi manipulować innymi ludźmi, natomiast nie potrafi być tak naprawdę szczerze, uczciwie otwarty. I takie przejawy otwartości uczuciowej mogą go, tak samo jak bohatera „Rehab” pierwszego dnia na Farmie, mierzić. Ale tak naprawdę to nie jest to.

– A co?

– Raczej strach. Straszny lęk przed bliskością, podczas gdy terapia polega na uczciwości wobec samego siebie. Dotarciu do własnych uczuć, bo one są u alkoholika zaburzone. Jeżeli jednak terapia postępuje skutecznie, szybko można to zmienić. Z czasem udaje się wręcz uświadomienie sobie, że nie ma w tym nic złego. Przeciwnie – okaże się, że otwartość uczuciowa jest najuczciwszym, budującym więzi sposobem bycia z innymi ludźmi. I że otwartość budzi otwartość. Dziś jako niepijący alkoholik mam mnóstwo tego rodzaju doświadczeń. Moja otwartość budzi otwartość innych, co tworzy wzajemnie wzmacniający się mechanizm. Bo tak naprawdę najważniejsze jest, co drugi człowiek czuje, a nie to, co myśli. Tymczasem nadal najczęściej mówimy to, co myślimy...

– Także W. w czasie trwania terapii stopniowo zaczyna sprawiać przyjemność wymiana uścisków, serdeczności. Mam wrażenie, że cały proces terapii prowadzi do tego, że W. właśnie otwiera serce.

– Trudno mi mówić za bohatera „Rehab”, bo sam go stworzyłem. Mogę się jednak domyślać, że W. zawsze był uczuciowy i serdeczny. Albo chciał być, ale było to skryte pod pancerzem lęku, złości. W trakcie terapii zaczął wracać do siebie takiego, jaki z natury był i jakiego siebie lubił.

– A więc można powiedzieć, że alkoholizm był dla W. błogosławieństwem?

– Nie. To bzdura. Chociaż kiedyś sam uważałem, a nawet mówiłem, że jestem wdzięczny za to, że jestem alkoholikiem. Alkoholizm to przede wszystkim jednak potworna choroba. Wyrządza bardzo dużo krzywd. Tylko co nieco z tych krzywd można naprawić. Ludzie, których alkoholik skrzywdził – żona, siostra, kochanka, koledzy, matka – z tymi krzywdami musieli przecież żyć, musieli sobie radzić. Natomiast bez wątpienia zdarza się tak, że człowiek, kiedy trafi na pomocną dłoń, może zacząć coś ze swoim życiem robić. I może zrobić coś, co pomoże mu żyć lepiej niż wtedy, kiedy pił. Często dużo lepiej niż wtedy, kiedy pić zaczął. Bo wielu ludzi zaczyna pić, nie umiejąc sobie radzić ze swoimi emocjami. Alkohol staje się na to lekarstwem. Ja sam na pewno dużo lepiej radzę sobie ze swoimi uczuciami, problemami dziś, niż zanim zacząłem pić. Ale bardzo bym się bał powiedzieć, że mój alkoholizm był błogosławieństwem albo dobrodziejstwem.

– Ale zgodzi się pan z twierdzeniem: by przejść zmianę, trzeba rozbić się o mur własnych niemożności?

– Wierzę w to, że trzeba spaść na dno. Ale wierzę też, że to dno może być bardzo wyraźnie podniesione.
 
– I od wielu lat tym się pan zajmuje.

– Od 25 lat zajmuję się podnoszeniem dna. I dzisiaj do Instytutu Psychiatrii i Neurologii, gdzie jest jeden z najlepszych na świecie oddziałów leczenia alkoholizmu, trafiają ludzie, którzy mają po dwadzieścia parę lat i tylko raz rozbili sobie nos. Ale kiedy ja przestawałem pić, to po pierwsze, miałem 38 lat i byłem jednym z młodszych, po drugie, każdy z nas strasznie dużo w życiu stracił: zdrowie, rodzinę, wolność, pracę... A dziś to wygląda inaczej – dzięki większej wiedzy lekarzy, sędziów, prokuratorów, policji, nauczycieli, terapeutów. Dzisiaj ludzie wiedzą, że w Polsce można być alkoholikiem i nie pić. A 25 lat temu nikt o tym nie wiedział. Ludzie wiedzą też, że to jest choroba, a nie kwestia słabej czy silnej woli.

– Skąd ma pan tyle wiary w ludzi, że chce im pomagać?

– Ja nie mam wiary w ludzi.

– To co jest pana motywacją?

– Wierzę, że warto ludziom pomagać. Wszystko jedno – z wiarą w ludzi czy bez niej. Wielokrotnie się na ludziach zawiodłem. Ale moje zaangażowanie wynikało nie tyle z wiary, ile z postanowienia, że skoro mnie ktoś pomógł, to i ja chcę pomagać innym. Niezależnie od tego, czy ci, którym pomagam, są dobrzy, czy źli. I czy przyjmą pomoc, czy nie. Sama wiara w ludzi jest potrzebna wtedy, kiedy ktoś chce kontrolować rezultaty swoich działań. A ja uważam, że człowiek może i ma prawo mnie zawieść. Robię, co mogę, żeby pomóc. Jeżeli na 10 razy 9 się nie uda, ale uda się raz, to jest to ogromne poczucie radości i satysfakcji.

– Wracając do pomagania kobietom – uczył pan praw człowieka właśnie w więzieniu dla kobiet w USA.

– Tam zrozumiałem, jak ogromna jest nierówność płci. Żyjąc w patriarchalnym społeczeństwie polskim, bardzo trudno to nawet dostrzec, bo wszyscy przyjmują nierówność za normę. Zobaczyłem choćby, że przestępczość kobiet jest w 90 proc. przypadków spowodowana przez mężczyzn, którzy albo wciągają kobiety w przestępczy proceder, albo tak je molestują, że pozostaje tylko wziąć im do ręki nóż lub pistolet. W trakcie jednych z pierwszych zajęć zadałem tym studentkom - więźniarkom pytanie, kto i kiedy naruszał ich prawa. Byłem pewien, że powiedzą: policja, sąd, prokuratura. Ale tak odpowiedziała tylko jedna na 36 z nich. Reszta mówiła, że to był ojciec, brat, mąż.

Nauczyłem się od nich także tego, jak radzić sobie w sytuacji, z której nie można uciec – kiedy nie można zwalić wszystkiego na świat zewnętrzny. Pierwszy raz zrozumiałem, na czym polega odpowiedzialność za życie, dojrzałość, zmiana czy też warunki zmiany osobowej.

– Może pan podać przykład?

– Jedna z kobiet, która była w więzieniu już bardzo wiele lat, powiedziała, że dla niej najgorszą rzeczą są nie tyle strażnicy, czyli ci, którzy mają potencjalnie nad nią władzę, ile jej współwięźniarki. Bo na wolności, kiedy nie chce się mieć z kimś kontaktu, można wyłączyć telefon, zamknąć się w domu, prawda? A jeśli w więzieniu pojawi się swoisty „drapieżnik”, który wybierze sobie ofiarę, to ofiara nie ma gdzie uciec. Zadałem jej więc kolejne pytanie: w jaki sposób zaczęła sobie z tym radzić? Odpowiedziała, że uświadomiła sobie, że jedyną rzeczą, jaką może zmienić, jest nie sytuacja, nie ten człowiek, tylko... ona sama. To znaczy sposób reagowania, myślenia i odczuwania.
 
– Był pan też współzałożycielem Partii Kobiet. Właściwie dlaczego pan tak mocno angażuje się w sprawy kobiet?

– Bo mam wobec nich dług. Chyba wiele kobiet w swoim życiu skrzywdziłem albo przynajmniej tak mi się wydaje. A poza tym mam coraz mocniej narastające poczucie koszmarnej nierówności między kobietami a mężczyznami. I świadomość, że bez działań mężczyzn ruch kobiet będzie słaby. Oczywiście nadal najważniejsze jest to, czego kobiety chcą i co mogą uzyskać samodzielnie. Ale obecność mężczyzn jest ważna. Zresztą ciekawe, że większość mężczyzn angażujących się w działanie tej Partii na początku mówiła o poczuciu długu, jaki mają
wobec kobiet.

– A co pan zawdzięcza kobietom? Pana żona Ewa Woydyłło jest terapeutką zajmującą się uzależnieniami.

– Mam dobrą i mądrą żonę. Często współpracujemy, przede wszystkim przy tworzeniu ośrodków leczenia uzależnień i umacniania grup AA na świecie. Obecnie zajmujemy się działalnością w krajach byłej WNP, na Dalekim Wschodzie – na Kamczatce, we Władywostoku... Ewa jest osobą, która samym swoim nastawieniem i postawą wobec mnie
– pełną akceptacji, ciepła, zdolności do powiedzenia, co czuje – była bardzo pomocna w moim procesie trzeźwienia. Ale nie była nigdy moją terapeutką ani lekarką. Kiedy się poznaliśmy i kiedy trzeźwiałem, ona była jeszcze tłumaczką, dziennikarką, historyczką sztuki. Została terapeutką później, kiedy już przestałem pić.

– Inna bardzo ważna kobieta to pana mama. Kiedy zmarła, napisał pan, że właśnie jej zawdzięcza wrażliwość, potrzebę wyrażania samego siebie poprzez pisanie.

– Mama pisała wiersze, niektóre bardzo piękne. Jeden umieściłem na jej nagrobku na Bródnie. Chciała być pisarką, ale nie miała do tego warunków. Była sierotą i musiała ciężko pracować, później miała trójkę dzieci i męża do wykarmienia, obszycia i oprania. Gdy dorośliśmy, a ojciec zmarł, mama zaczęła pisać poezje, ale już było za późno, bo długo walczyła z przewlekłą chorobą. Cieszę się, że dziś ktoś przechodzi koło jej grobu, czyta piękny wiersz i myśli, że ona była poetką. Ale mama nie nauczyła mnie pisać. Ona mi to wpoiła. Bo kiedy pytałem, kim by chciała, żebym został, ona odpowiadała: „pisarzem”.

– Umiałby pan sam nazwać, co zawdzięcza kobietom?

– Po pierwsze, parę miłych zdarzeń. Parę chwil. A to jest już bardzo dużo. I inne spojrzenie na świat, perspektywę, której sam z siebie bym nie miał i bez której byłbym nieporównanie uboższy.

– I myśli pan, że dziś jest na kobiecą perspektywę patrzenia i kobiecą stronę samego siebie otwarty?

– Nie zawsze. Bardzo często myślę, że nie. Ale równie często myślę, że tak. A kiedyś nigdy nie byłem.

– Bohater książki „Rehab” marzył o pisaniu literatury pięknej... Sądzi pan, że mu się udało napisać taką książkę?

– Udało się. Napisał tę książkę. To „Rehab”.
Wszelkie prawa zastrzeżone "Spiker" Poznań 2008-2017