Czytelnia:

dodano 02.07.2017
Czy Wielka Księga jest hamulcem rozwoju AA? czytaj>>>

dodano 01.11.2015
Psycholog Maria Grabowska czytaj>>>

dodano 18.03.2015
Wreszcie zyc - 12 krokow ku pelni zycia czytaj>>>

dodano 03.04.2012
Kto niszczy AA w Polsce? czytaj>>>

dodano 11.01.2012
Czy możliwe jest całkowite wyleczenie? czytaj>>>

dodano 28.09.2011
Wyleczyłem się z alkoholizmu - artykuł kontrowersyjny czytaj>>>

dodano 17.02.2011
Czy będąc niewierzącym mogę skorzystać z programu AA? czytaj>>>

dodano 08.11.2010
Byłem w San Antonio czytaj>>>

dodano 18.10.2010
www.polskiedetroit.com o Anonimowych Alkoholikach i nie tylko czytaj>>>

dodano 17.08.2010
Przeczytałam "Z piekla do trzeżwości" i ... czytaj>>>

dodano 27.04.2010
Czy jestesmy atrakcyjni dla "nowych" w AA? czytaj>>>

dodano 01.11.2009
Ewa Woydyłło - Co nas trzyma w pętli uzależnień? czytaj>>>

dodano 31.08.2009
Fragment z książki ''Z piekła do trzeżwości'' Meszuge czytaj>>>

dodano 05.08.2009
Rozmowa z Wiktorem Osiatyńskim (05.2009 Gazeta Wyborcza) czytaj>>>

dodano 19.06.2009
Fragmenty wywiadu z Wiktorem Osiatyńskim - Lekcja feminizmu czytaj>>>

dodano 21.03.2009
''Życie z kieliszkiem'' - książka dla rodzin osób uzależnionych czytaj>>>

dodano 16.11.2008
Przyszło nam do głowy, żeby nie pić czytaj>>>

dodano 03.11.2008
Wiktor Osiatyński - Trzeźwość, uczciwość, godność. Nic tylko płacz i żal i mrok i nieświadomość i zatrata! czytaj>>>


Przyszło nam do głowy, żeby nie pić

Przyszło nam do głowy, żeby nie pić

30 lat ruchu Anonimowych Alkoholików w Polsce. ( Artykuł napisany z okazji Zlotu w Krakowie - stary, ale aktualny dla wielu, jeszcze bardzo wielu ludzi).Z dr Ewą Woydyłło, psychoterapeutką i Wiktorem O., nie pijącym alkoholikiem, rozmawiają Andrzej Brzeziecki i Krzysztof Burnetko
Dziś wspólnota AA dotarła do 153 krajów Świata. Do Polski informacje o AA były przemycane już od 1957 r., jednak pierwsza grupa powstała dopiero w 1974 r. w Poznaniu. Obecnie w Polsce istnieje ok. 1900 grup.
"W roku 1935 spotkało się w Akron, Ohio (USA) dwóch mężczyzn. Jeden był człowiekiem interesu, drugi chirurgiem; obaj zdążyli się zapić prawie na śmierć. Obaj próbowali różnych kuracji i kilkakrotnie przebywali w szpitalach. Wydawało się pewne, także dla nich samych, że nie ma już ratunku. Przypadkiem stwierdzili zadziwiający fakt: gdy jeden z nich usiłuje pomagać drugiemu, efektem jest trzeźwość. Powiadomili o tym trzeciego alkoholika, prawnika, przykutego do łóżka szpitalnego; on też postanowił spróbować. Wszyscy trzej próbowali pomagać innym alkoholikom. Kontynuując to zajęcie nieznana z nazwisk garstka niepijących alkoholików uświadomiła sobie w 1937 r., że dwudziestu z nich zachowuje trzeźwość! Ustalili, że powinni spisać swoje przeżycia, aby ich doświadczenia można popularyzować. Tak powstał ruch Anonimowych Alkoholików" (z książki "Życie w trzeźwości").

ANDRZEJ BRZEZIECKI: - Mam na imię Andrzej i jestem alkoholikiem.

KRZYSZTOF BURNETKO: - Mam na imię Krzysztof i jestem alkoholikiem.

WIKTOR O.: - Ja mam na imię Wiktor i jestem alkoholikiem.

Andrzej Brzeziecki, Krzysztof Burnetko: - Przedstawiamy się tak, bo przeczytaliśmy wydaną przez ruch Anonimowych Alkoholików broszurę "Czy AA jest dla mnie?" i wedle zamieszczonego w niej testu okazało się, że jesteśmy alkoholikami. Już cztery odpowiedzi pozytywne (na 12 pytań) świadczyć mają o problemie z alkoholem. A nam przyszło odpowiedzieć "tak" nieco więcej razy. Mamy tylko taką wątpliwość: te pytania są tak sformułowane, że zdecydowana większość Polaków musi być uznana za alkoholików.

EWA WOYDYŁŁO: - Problemy wynikające z picia alkoholu są różnej natury. Albo mają charakter rodzinny - tyle że w Polsce rodzina zamartwia się dopiero, kiedy ktoś bliski trafi do izby wytrzeźwień. Albo pojawiają się kłopoty zdrowotne. Lekarz powinien wtedy powiedzieć: “Ma Pan marskość wątroby” albo “Ma Pan zapalenie trzustki”. Lecz w Polsce radzi najwyżej: “Niech Pan troszkę mniej pije”. To, że pacjent może być alkoholikiem, przemilcza. Picie wywiera też wpływ na życie zawodowe. Ale polscy szefowie zwykle zaprzeczają, że podwładni mają problemy z alkoholem. Bo albo bagatelizują konsekwencje ich picia dla firmy - oraz dla samego pracownika, albo kryteria wykonywania pracy nie uwzględniają takich sygnałów, jak choćby nagłe branie zwolnień. Jest wreszcie życie towarzyskie. Gdyby ktoś powiedział przyjacielowi: “Lubię cię, ale nie mogę cię zaprosić na swoje imieniny, bo, niestety, przesadzasz z piciem”... Lecz ilu znajomych w Polsce nie zaprosi na grilla kolesia, który pije? Nawet, jak mocno przekroczy on normy, to zbagatelizuje się sprawę: “No, trochę za dużo wypił, każdemu się może zdarzyć”. Dlatego - wbrew panów intuicji - na pytania te wielu Polaków odpowie “nie”.

WO: - Kiedy zaczynałem trzeźwieć - a raczej: kiedy kończyłem pić - wydawało mi się, że wszyscy wokół piją podobnie. Dziś wiem, że to była część mojego zakłamania.

Większość ludzi pijących alkohol nie jest alkoholikami. To tzw. trzeźwe picie. Alkohol jest substancją legalną i - w odróżnieniu od nikotyny - uzależnia się od niego tylko 10 proc. użytkowników. 90 proc. pije w sposób normalny: do kolacji, bez kaca i wyrzutów sumienia. I albo się nie upija, albo upije się nie więcej niż dwa, trzy razy w życiu. Wbrew stereotypowi, problem nie leży w ilości wypitego alkoholu, ale w utracie kontroli nad swoim piciem.

Dwanaście Kroków AA
1. Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem.
2. Uwierzyliśmy, że Siła Większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie.
3. Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy.
4. Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny.
5. Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów.
6. Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru.
7. Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki.
8. Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim.
9. Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych.
10. Prowadziliśmy nadal obrachunek moralny, z miejsca przyznając się do popełnianych błędów.
11. Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas, oraz o siłę do jej spełnienia.
12. Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym alkoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach.


Dlatego ta większość nie piła tak, jak piłem ja. Ja miałem po alkoholu więcej problemów, przede wszystkim z innymi ludźmi. Miałem nieustanne poczucie winy - a nieuzależnieni, choć pili, nic takiego nie odczuwali. Podejmowałem nieustanne próby ograniczenia albo zaprzestania picia - a im to do głowy nie przychodziło. U alkoholików, zwłaszcza w Polsce, występują dwa silnie zakorzenione zakłamania. Pierwsze polega na przekonaniu, że piją wszyscy. Drugie - że do picia namawia całe otoczenie. Przekonałem się, że oba są fałszywe. Piłem jednak inaczej niż większość i miałem więcej problemów. I nikt mnie nie namawiał, tylko ja chciałem być namawiany. Bo chciałem się napić i szukałem usprawiedliwienia, że przecież nie mogłem odmówić.

- Ale przecież co chwilę można usłyszeć w Polsce słynną frazę: "Ze mną się nie napijesz?".

WO: - Kiedy jeszcze piłem, to często odpowiadałem na nią odmownie, ale w moim głosie było widocznie słychać wahanie. Osoba, która proponowała wypicie, musiała je wyczuwać, bo w rzeczywistości chciałem, by powtórzyła: ,,Jak to, ze mną się nie napijesz?”. Wtedy zaś już nie mogłem odmówić. Marzeniem alkoholika jest wypić, ale tak, by potem móc kogoś o to obwinić. Chodzi mu o to, by mógł uznać, że przecież musiał się napić. Stąd nerwowe poszukiwanie jakiegokolwiek powodu do picia.

Natomiast kiedy już przestałem pić, też często słyszałem tę popularną sugestię. Ale wtedy w mojej odmowie był już taki ton, że sporadycznie tylko ktoś ponawiał ten wyrzut-ofertę. Wówczas mówiłem wprost: “Nie mogę z tobą się napić, bo jestem alkoholikiem”. Reakcją było zwykle zdziwienie, a ja miałem okazję do pogadanki na temat alkoholizmu.

Mechanizm ten uświadomiłem sobie w grudniu 1974 r.: najpierw miałem 42-dniowy ciąg, padłem i kolejny raz postanowiłem nie pić. Wytrzymałem dwa i pół miesiąca i poleciałem pierwszy raz do Ameryki. Kolega odebrał mnie z lotniska i zawiózł na uroczysty bankiet do swojego znajomego, którym okazał się William Styron. Słynny pisarz przywitał się i zapytał, czego się napiję. Jako że wciąż miałem mocne postanowienie nie picia, poprosiłem o tonik. On bez słowa poszedł go przynieść. Przekląłem w duchu, bo marzyłem, że kiedy zamówię tonik, gospodarz powie: “Jak to? Pół świata przejechałeś i będziesz tonik pił? Napij się whiskey”. Każda komórka mojego organizmu żądała alkoholu, więc myślałem, że jak mi coś mocniejszego zaproponuje, to wezmę na zasadzie: Styronowi nie mogę odmówić. Tymczasem on mnie nawet nie namawiał. Wtedy zrozumiałem, że pijąc zawsze marzyłem o tym, by mnie do picia ktoś namawiał.

- To były Stany, a żyjemy w Polsce...

WO: - Owszem, tam się ludziom zostawia wolność wyboru, u nas często nie. Ale powiadam: przez 21 lat niepicia nie zdarzyło mi się, żeby mnie ktoś długo namawiał. Nie tylko dlatego, że znajomi wiedzą, że nie piję. Bo kiedy jestem w towarzystwie, w którym nikt nie wie, że mam problemy z alkoholem, i mnie częstują, to mówię "nie" tak stanowczo, że rezygnują.

EW: - Nawet w tej tolerancyjnej wobec ostrego picia Polsce wystarczy zdecydowanie powiedzieć "przyjechałem samochodem" albo "wieczorem muszę odrobić lekcje z dzieckiem". Działa prosta zasada: ci, którzy lubią dużo się napić, nie mają nic przeciwko temu, że ktoś nie pije, bo dla nich zostanie więcej. A tym, którzy nie mają ciągu do alkoholu, jest wszystko jedno. Namawianie stało się zjawiskiem zmitologizowanym. Może występuje gdzieś w melinach, ale już w takich zawodach, które dotąd kojarzono z alkoholem - jak hydraulik czy budowlaniec, którzy do niedawna od rana bywali napici - powoli zapanowuje etos odpowiedzialnej pracy. To jeden z niedocenianych efektów gospodarki rynkowej.
- Największym problemem są chyba ci, którzy piją, nie wiedząc o tym, że są alkoholikami. Pani napisała swego czasu, że w leczeniu alkoholików odnosi się wcale duże sukcesy, tyle że ciężko jest zdiagnozować tę chorobę. Jak stwierdzić, kiedy picie staje się problemem w przypadku ludzi, którzy świetnie funkcjonują w pracy, mają cenione zawody, pokończyli dobre szkoły? Wracając z pracy mijamy kilkadziesiąt pubów, w każdym siedzą znajomi, więc siłą rzeczy łatwo się wstępuje na to jedno piwo, potem wypija następne...

EW: - Najłatwiej w taki sposób mogą zapić się na śmierć ludzie, którzy potrafią funkcjonować bez oparcia w jakiejkolwiek uczuciowej więzi. Ale ilu takich jest? Mało, bo przecież nie żyjemy na bezludnej wyspie. Jeśli jednak nie będzie w domu czekać na panów ktoś - dziecko, żona, dziewczyna czy mama, które przywitają was ze łzami w oczach, to rzeczywiście możecie długo nie rozpoznać u siebie tej choroby. Ale jeśli ktoś z waszych bliskich patrzy na zegarek i się zamartwia: “Boże, gdzie ten Andrzej czy Krzysiu jest?”, to możecie się szybko zorientować, że coś jest z wami nie w porządku.

Nawet jeśli dłużej będziecie negować fakty, to pewnego dnia nastąpi kryzys. Bo alkoholizm nie jest poruszaniem się w jednostajnym tempie po płaszczyźnie - alkoholizm to równia pochyła. Jak nie zdrowie wam wysiądzie, to w pracy ktoś powie: nie będę dłużej odwalał roboty za ciebie!

- To jest sprzeczne z polskim pojmowaniem przyjaźni i solidarności.

EW: - Owszem, ale kiedyś nawet najbliższy przyjaciel się zorientuje, że relacja ta nie polega na tuszowaniu alkoholowych ekscesów. Przeciwnie. Amerykanie odkryli to ponad 70 lat temu. Dostrzegli, że tolerowanie nałogu u bliskich - w imię fałszywie rozumianej miłości, prowadzić może do ich śmierci. Ratunkiem jest spowodowanie - za pośrednictwem lekarza albo perswazji krewnych czy przyjaciół - by chory zobaczył swój nałóg. Bo jeśli nie zda sobie z niego sprawy, to nikt mu nie pomoże. Chodzi o postawienie przed delikwentem lustra: musiałem za ciebie odrabiać zaległości, nie odebrałeś dziecka z przedszkola, wydałeś pieniądze przeznaczone na wspólny cel itd. Szkód takich można wyliczyć mnóstwo, wynikają one zresztą niekoniecznie nawet z uzależnienia, ile z nieodpowiedzialności w używaniu alkoholu. Ale tolerujemy je, tłumacząc choćby, że to żadna nieodpowiedzialność, a tylko fantazja.

Tymczasem, na przykład, w Kalifornii trzecie zatrzymanie za wykroczenie drogowe popełnione w stanie nietrzeźwym kończy się automatycznym skierowaniem kierowcy na leczenie.

- Czy jest różnica w skuteczności leczenia dobrowolnego i przymusowego?

EW: - Nie ma czegoś takiego jak przymusowe leczenie - w Stanach konstrukcja jest inna: leczę się dobrowolnie, a do więzienia idę dopiero, jeżeli nie spełnię wymagań sądu czy kuratora co do podjęcia terapii.

WO: - W Polsce zaś jeśli sąd zobowiąże kogoś, kto popełnił przestępstwo pod wpływem alkoholu, do leczenia, a ten nie chce poddać się terapii, nie ponosi żadnych konsekwencji. Po co więc ma się leczyć? Przepis o zobowiązaniu do leczenia jest pustym prawem.

Większość alkoholików nie wie, że są alkoholikami. To choroba, której elementem jest przekonanie “ja nie jestem chory” - fałszywy obraz samego siebie. Kiedy nawet zdecydują się iść do lekarza, to żeby zdezawuować ględzenie żony, matki, rodziny, znajomych - i potwierdzić sobie oraz otoczeniu, że mogą dalej pić. Z kolei ci z alkoholików, którzy już wiedzą, że nie potrafią pić, przychodzą na leczenie albo na pierwszy mityng AA zwykle po to, by nauczyć się, jak pić normalnie. Istota dobrej terapii i AA polega natomiast na tym, by człowiek zobaczył, że trzeźwe życie ma większy sens niż życie zapite.

EW: - Ociąganie się z leczeniem wynika ze strachu: nie tylko, że zabronią pić, ale też poniżą i odbiorą coś, co jest ważną częścią mojego ja.
- A jest różnica między pijakiem a alkoholikiem?

EW: - Niektórzy rozróżniają, mówiąc: pijak pije, ale może przestać, a alkoholik pije i nie może. Tylko że każdy pijak jeśli długo pije dużo, to się w końcu uzależni. Równocześnie każdy alkoholik mówi: jak zechcę, to przestanę. Ale jakoś dziwnie nie chce.

- Czy zmiana struktury picia po 1989 r. w Polsce - z dominacji wódki na rzecz większego spożycia lżejszych alkoholi - ma znaczenie?

WO: - Dla uzależnionych to, co piją, nie gra już roli. Paradoksalnie, tylko dla nieuzależnionych ma znaczenie, czy wypiją wino czy wódkę.

Negatywne konsekwencje picia są bez porównania większe w kulturze mocnych alkoholi niż w kulturze wina. Przyczyna jest prosta: wino mniej więcej równomiernie obezwładnia centralny układ nerwowy i układ motoryczny - po winie człowiek czuje się więc ociężały i zwykle zasypia. Tymczasem mocne alkohole szybciej obezwładniają centralny układ nerwowy niż funkcje motoryczne - człowiek po wódce dostaje wprawdzie małpiego rozumu, ale może jeszcze wywołać awanturę czy wsiąść do samochodu. W Polsce pije się teraz nieco mniej wódki, ale na nieszczęście wyparło ją nie wino, lecz piwo. Jego zaś można wypić dużo i dlatego jest rodzajem wciągacza do innych alkoholi.

- Mamy znajomych, którzy piją je dzień w dzień od lat i nie sięgnęli po mocniejszy alkohol...

WO: - Nie twierdzę, że każdy, kto wypije piwo, zostanie alkoholikiem. Tak samo jak nie każdy, kto pije wódkę, zostanie alkoholikiem. Podobnie alkoholikiem nie musi być każdy, kto pije codziennie parę piw. Natomiast mogę udowodnić, że w naszej kulturze rzadko można spotkać alkoholików, których uzależnienie nie zaczęło się od picia w młodym wieku i to właśnie piwa.

- Za PRL-u w Krakowie trudno było dostać piwo, więc piło się głównie wódę.

WO: - Ale tak czy tak zaczęliście pić wcześnie?

- Prawda.

WO: - Ewa przez lata pracy z uzależnionymi nie spotkała alkoholika, który by zaczął pić po 22 roku życia. Inaczej jest z kobietami - znane są przypadki alkoholiczek, które po raz pierwszy sięgnęły po alkohol już w dojrzałym wieku. Ale wszyscy mężczyźni zaczynali znacznie wcześniej, niektórzy w wieku 13 czy 15 lat i to zazwyczaj od piwa.

EW: - Nie tylko psychologowie wiedzą, jakie skutki wywołuje spożywanie alkoholu przez młodych ludzi. I nieważne jest, dlaczego po niego sięgnęli: czy tatuś zawsze pijał, czy ulegli reklamie przedstawiającej picie jako symbol dorosłości, czy dlatego, że dziewczynę szybciej można zaciągnąć do łóżka, jak wypije się z nią parę piw.

WO: - Dlatego zgoda parlamentu na reklamę piwa w telewizji oznacza otwarcie furtki dla ponownej inwazji mocnych alkoholi.

- Rzeczywiście Pan sądzi, że jak ktoś zobaczy reklamę piwa, to zaraz pobiegnie je kupić?

- Młody człowiek pobiegnie. Ma 14 lat i ojciec nie pozwala mu pić. Ale razem oglądają w telewizji mecze piłkarskie, a w ich przerwach przeważają reklamy piwa. Jest więc na ojca oburzony: patrz, tu mówią, że piwo orzeźwia, więc jak ty możesz mi zakazywać, żebym nie wypił piwka? Jeśli zatem reklamy te nie oddziałują bezpośrednio, to łagodzą zakaz kulturowy.

Charakterystyczne jest też, kto decyduje o tym, co pokazuje telewizja: ludzie układający programy pod dyktando pracowników reklamy stacji telewizyjnych. A że z browarów można wyciągnąć dużo pieniędzy, więc program układany jest pod ich potrzeby. Gdyby znowu zaproponować zakaz reklamy, silniej niż browary protestowałoby pewnie lobby telewizyjne.
- Jakie więc metody walki z alkoholizmem są najskuteczniejsze? W Polsce co chwilę wybucha dyskusja o dostępności alkoholu w sklepach - ale czy zakazy rzeczywiście mogą być barierą?

WO: - Co ważne, nie chodzi o walkę z alkoholem - alkohol jest substancją legalną. Tyle że społecznie niebezpieczną i dlatego, choć nie jest zakazany, może być reglamentowany.

A co do metod: nie znam cywilizowanego kraju, w którym wódkę można kupić przez okrągłą dobę na stacji benzynowej. W USA tylko w nielicznych stanach można w weekend kupić alkohol. Po prostu: dostępność do niego jest ograniczana we wszystkich cywilizowanych krajach. Gdzieniegdzie, choćby w Szwecji, rygorystycznie.

- Mimo to alkoholizm jest tam dużym problemem.

WO: - Po części wynika to z faktu, że Skandynawia należy geograficznie - jak wszystkie kraje na północ od granicy czesko-węgierskiej - do kultury mocnych alkoholi. Można sądzić, że gdyby dostępność do alkoholu w Szwecji była łatwa, uzależnionych byłoby jeszcze więcej.

EW: - Alkohol nie jest zwykłym towarem. Zrozumiałe, że na stacji benzynowej można kupić podpaski czy chusteczki higieniczne - są to rzeczy, bez których trudno się obejść. Ale nie ma powodu, by jako towar pierwszej potrzeby traktować alkohol. Tak samo jak nie można ot tak kupić broni czy morfiny.

WO: - Znamienne, że w Stanach Zjednoczonych wiek dopuszczalności picia alkoholu z 18 do 21 lat podniesiono nie za rządów konserwatystów Reagana czy Busha seniora, lecz w połowie lat 70., czyli w najbardziej liberalnym okresie w historii Ameryki. I naruszenie zakazu sprzedawania piwa nieletnim jest tam poważnym przestępstwem. W Polsce tymczasem jest on łamany notorycznie. Ba, traktuje się go pobłażliwie. Kiedy niedawno zwróciłem w sklepie uwagę, że nie mogą sprzedawać piwa dzieciom, właściciel zaczął krzyczeć: Co pan będzie mi tutaj rozkazywał! Komuna się skończyła! Teraz jest wolność!

Sprzedaż piwa i innych alkoholi nieletnim jest zbrodnią. Owszem, koncesje na sprzedaż alkoholu powinni dostawać wszyscy chętni - bo tylko wtedy możemy zapobiec korupcji. Tyle że równocześnie powinny być one natychmiast odbierane tym, którzy wbrew prawu - i koncesji - sprzedają piwo dzieciom.

EW: - Mamy jedną z najlepszych na świecie ustaw o przeciwdziałaniu alkoholizmowi. I nic z tego nie wynika. Po części jest to wynik społecznego przyzwolenia na ostre picie alkoholu. Wiadomo choćby, że młodzież pije na studniówkach czy na balach maturalnych - i w żadnej szkole nikt nie jest w stanie tego powstrzymać. A i też zbytnio się nie kwapi: na zasadzie, że to już niemal tradycja.

Na zmianę podejścia w skali masowej trudno chyba liczyć. Największe nadzieje niosą motywacje indywidualne: że osoby, które dostrzegą swe kłopoty z alkoholem, zechcą się leczyć czy przyjść na spotkanie AA, a rodziny i przyjaciele będą je wspierać.
- Mówicie, że każdy, kto ma problem z alkoholem, powinien podjąć odpowiedzialną decyzję o leczeniu. Ale istnieje hipoteza, że alkoholizm jest chorobą uwarunkowaną genetycznie.

EW: - Ktoś może mieć genetyczne skłonności do gruźlicy, ale jeśli będzie dbał o płuca, nawet gdy zachoruje, będzie mógł natychmiast przeciwdziałać swej przypadłości.

WO: - Na geny często powołują się ludzie poszukujący samousprawiedliwienia. Tak, alkoholizm może być uwarunkowany genetycznie, ale są też inne powody picia. Za komuny piliśmy, tłumacząc się tym, że system jest zły. Tyle że przyczyny te nie mają w gruncie rzeczy większego znaczenia: alkoholik pije, bo jest alkoholikiem - wszystko jedno z jakiego powodu. To dlatego tyle szkół psychologicznych nie potrafiło sobie poradzić z alkoholizmem: bo zadawano pytanie, dlaczego piję. Swego czasu poszedłem do psychiatry i on mnie przez sześć godzin wypytywał: dlaczego piję? Kiedy wyszedłem od niego, musiałem się napić, bo już wiedziałem, jakie są powody mojego picia. W AA nikt nie pyta: “dlaczego pijesz?”, tylko “ile pijesz i czy ci to w czymś przeszkadza?”. Nie jest ważne, czy piję, bo mam złe geny bądź złego sąsiada - istotne, że piję za dużo.

Kiedy ktoś straci nogę, musi się nauczyć chodzić o kulach. Nieważne, czy stracił ją w wyniku choroby, czy wypadku - ważne jest, że nie ma nogi, musi się z tym pogodzić i nauczyć chodzić przy pomocy kul. Alkoholik jest w identycznej sytuacji: za kulę służył mu alkohol i kiedy go odstawił, ma się nauczyć poruszać o innych kulach.

EW: - Dlatego popularne do dziś rozumowanie, że alkoholizm to choroba społeczna, jest błędne.

WO: - Problemem społecznym są szkody związane z alkoholizmem, ale choroba zawsze jest indywidualna.

EW: - Myślenie o alkoholizmie w kategoriach choroby społecznej jest pozostałością z czasów sowieckich. Jako że obywatel miał być niezdolny do życia bez dyrektywy pochodzącej od państwa, więc i państwo musiało wziąć odpowiedzialność za jego poczynania. Także za to, że się rozpił. Państwo było też jakoby odpowiedzialne za to, żeby obywatel potem wytrzeźwiał. Jednym z efektów były zakładane odgórnie kluby abstynenta. Tyle że jeżeli państwo ma być za coś odpowiedzialne, to siłą rzeczy obywatel sam zwalnia się od odpowiedzialności. A potem tłumaczy się: nie zadbano, nie dano mi, nie pokazano mi. Takie podejście w przypadku alkoholizmu było szczególnie zdradliwe, bo tu nieodzowne jest zaangażowanie samego chorego w leczenie.

Nawet najlepszy terapeuta sam nikogo nie wyleczy. Może najwyżej pomóc choremu, by ten sam wyzdrowiał. To chory musi wziąć odpowiedzialność za leczenie, pracować nad sobą, uczyć się siebie i swej choroby. A jak się omsknie, to próbować znowu, bo nie wszystko udaje się za pierwszym podejściem.

- To dlaczego Anonimowi Alkoholicy, którzy układali Dwanaście Kroków, wszystko zdają na siłę wyższą? Tym samym minimalizują własny wkład w leczenie.

EW: - Gdyby alkoholik mógł sam przestać pić, to dawno by już przestał. Dlatego potrzebuje pomocy.

WO: - Pojęcie “siły większej od nas samych” pojawia się w Drugim Kroku AA. Niestety, jego tłumaczenie na polski nie jest najlepsze, częściowo z mojej winy. W oryginale brzmi to: “Came to believe that a Power greater than ourselves could restore us to sanity”. Końcówkę chciałem przetłumaczyć jako "zdrowie umysłowe", bo “insanity” znaczy “choroba umysłu”, “zaburzenie psychiczne”. Ale jeden z zajmujących się alkoholizmem psychologów zwrócił uwagę, że we współczesnej psychiatrii nie ma pojęcia “choroby umysłowej”, lecz “choroba psychiczna” - może być zatem mowa jedynie o zdrowiu psychicznym. Z kolei pojęcie takie źle się w Polsce kojarzy, a i nie oddaje problemu. Zostawiliśmy więc samo “zdrowie”, choć to też wypacza istotę rzeczy. Idealna jest za to wersja rosyjska: użyto tam zwrotu “zdrowe myślenie”. Chodzi o to, że myślenie alkoholika jest całkowicie zakłamane: i co do ilości wypitego alkoholu, i co do przyczyn picia, i co do jego konsekwencji.
Dlatego samemu podnieść się nie można: tak jak bez lustra nie da się zobaczyć, jaką się ma twarz. Alkoholik musi zwrócić się o pomóc w przywróceniu zdrowego myślenia do kogoś innego - kto ma siłę większą niż on. W moim przypadku był to inny alkoholik oraz grupa AA: siła wyższa w takim znaczeniu, że ja, który uważałem, że wszystko wiem lepiej od innych, uznałem, że jednak oni lepiej ode mnie wiedzą, jak nie pić - bo mnie się to udało najdłużej przez parę miesięcy, a niektórym z nich parędziesiąt lat.

- Ale w Trzecim Kroku pojawia się pojęcie Boga.

WO: - Z dodatkiem: “jakkolwiek Go pojmujemy”. Na pewno nie jest to Bóg żadnej określonej religii. W gruncie rzeczy chodzi tu o pokorę. Bo alkoholizm jest chorobą ogromnej samowoli. Tymczasem trzeba się pogodzić z tym, że są sprawy, które nie zależą od mojej woli - to jest najczystsze znaczenie siły wyższej i “jakkolwiek rozumianego” Boga. Gdy teraz jestem w kościele i słyszę ,,bądź wola Twoja”, to dodaję ,,a nie moja”.

Poszczególne Kroki mają albo charakter bardziej duchowy, albo bardziej praktyczny - bo, na przykład, wymagają zadośćuczynienia wszystkim, których skrzywdziłem w wyniku alkoholizmu. Skądinąd wymóg ten kłóci się nieco z koncepcją alkoholizmu jako choroby. Jeżeli ma to być choroba, to chory nie ponosi odpowiedzialności za to, co robił w jej trakcie. A jednak, chcąc stać się trzeźwym, muszę każdemu, kogo skrzywdziłem, zadośćuczynić.

Koncepcja choroby jest jednak zasadna, bo na początku, kiedy alkoholik zaczyna trzeźwieć i zauważać, ile zła w życiu narobił, może być tym tak przerażony, że uniemożliwi to dalszą terapię. Wtedy konstrukcja choroby może służyć jako pomocne usprawiedliwienie. Potem - wraz z dojrzewaniem do trzeźwości - proteza ta przestaje być użyteczna.

Tak czy tak, jest to ogromna praca. Mam półkę zeszytów, które zapisałem, analizując - wedle kolejnych kroków - własne wady. Ale Dwunasty Krok zakłada, że rezultatem wykonania tego wysiłku jest przebudzenie duchowe, obejmujące całe życie.

- Czy metoda Dwunastu Kroków AA ma zastosowanie do każdego alkoholika? Są ludzie, którzy nie lubią, na przykład, otwierać się przed innymi. Z drugiej strony, gdy alkoholik chce komuś opowiedzieć o swoim piciu, może to zrobić kolegom w pubie. Nigdzie tak często nie mówi się o problemach wynikających z picia, jak w knajpie.

WO: - Ale w knajpie mówi się o alkoholu inaczej: albo sprawę się zakłamuje, albo obraca w żart i w następne piwko. Na mityngu zakłamać się nie da, bo bardziej doświadczeni w piciu i trzeźwieniu to wyłapią. Nadto na mityngu usłyszy się o przykładach świadczących, że można żyć na trzeźwo.

Oczywiście, na początku sama myśl o uczestniczeniu w mityngu przeraża. I to wszystkich, niezależnie od konstrukcji psychicznej. Zwłaszcza, że alkoholizm ze swej natury wywołuje u pijącego silny lęk przed innymi ludźmi. Ale to mija pod warunkiem, że nie jest się absolutnie sceptycznym i zamkniętym. Wystarczy pójść pierwszy raz i przemyśleć parę rzeczy, z którymi najłatwiej się utożsamić. Reszta jest nieważna. Za każdym następnym razem stopniowo można się przekonać do następnych spraw.

EW: - Każde uzależnienie jest chorobą samotności. Przychodzi moment, kiedy ta izolacja staje się częścią tożsamości chorego. Mówi on sobie: nie, ja nikomu nie zdradzę prawdy o sobie. Nawet spotkania z przyjaciółmi przestają być szczere: pojawia się obawa, że gdyby dowiedzieli o wszystkich jego lękach, zawstydzeniach, porażkach, nie byliby już tacy serdeczni. Powstaje klincz emocjonalny. Rozmowa pozostaje zwykłą pogawędką przy piwku.
Ludzie nie chcą być szczerzy wobec otoczenia, bo się boją, że wyjawiając jakiś swój sekret, stracą akceptację innych. W ten sposób powstaje błędne koło, bo równocześnie umacniają w sobie przeświadczenie, że nie są warci akceptacji. Gdy ktoś mi mówi: nie będę się publicznie spowiadał, to wiem, że się boi, iż jakby coś o sobie powiedział, to by go ludzie nie chcieli. Tymczasem z rozmów z wieloma pacjentami wiem, że prawie wszyscy mają te same kłopoty. Stąd, jeśli podczas mityngu AA ktoś wyjawi coś, co uważał za swój największy sekret, zapewne okaże się, że podobną sytuację przeżyli i inni uczestnicy. I nikt go nie odtrąci. Nie dlatego, że tam są litościwi i dobrzy ludzie, ale dlatego, że każdy z nich ma podobne problemy: z alkoholem, z impotencją, z chorym nieuleczalnie dzieckiem itd.

A jeżeli ktoś się zapiera, mówię: trudno, nie chcesz, to nie chcesz, ja nie jestem od uszczęśliwiania na siłę. Próbuj sam, ale pamiętaj, że jeżeli ci się nie uda, możesz do mnie wrócić.

WO: - Najlepszym nauczycielem alkoholika jest inny alkoholik. Bo jeżeli ktoś nie pije, mimo że jest alkoholikiem, znaczy, iż znalazł sposób, który pozwolił mu wytrzeźwieć. I śmiało można pójść jego drogą.

EW: - AA nie pomaga tylko jednej kategorii osób - tym, którzy go nie chcą.

WO: - Ewa wiele lat pracuje z alkoholikami i nie widziała jeszcze pijanego alkoholika.

EW: - Każdego, kto chce przestać pić, przyjmujemy z otwartymi ramionami. Nie było przypadku, by ktoś żałował, że przyszedł na leczenie. Oczywiście; niektórzy wracali do picia, ale nawet wtedy nie żałowali, że próbowali się leczyć. Ta informacja jest ważniejsza niż wskazówki, jak się leczyć i na czym polega ta choroba.

WO: - Z ludzi, którzy choćby zetknęli się z AA, 30 proc. przestaje pić.

- Czy idealnym modelem leczenia jest rozpoczęcie od odtrucia, potem odbycie psychoterapii i wreszcie przystąpienie do AA? Czy też można ominąć któryś z tych etapów, np. terapeutyczny?

WO: - Do AA można przyjść z ulicy i tam wytrzeźwieć. Ale psychoterapia ułatwia rozpoczęcie pracy nad sobą. W AA sporo ludzi już długo nie pije i choć chodzą na mityngi, nie muszą tak usilnie nad sobą pracować.

Lecz jeżeli trzeba by wybierać, to lepsza byłaby sytuacja, w której nie byłoby leczenia profesjonalnego, a byłoby AA, niż sytuacja, w której byłoby tylko leczenie profesjonalne, a nie było AA. A to dlatego, że ludzie po zakończeniu leczenia profesjonalnego powinni mieć możliwość znalezienia w razie potrzeby jakiegoś miejsca, w którym uzyskaliby pomoc. Dlatego bezsensem jest, jeżeli w niektórych ośrodkach terapeuci wymagają od pacjentów podpisania zobowiązania, że nie będą chodzić do AA. To przejaw pychy albo poczucia zagrożenia. Z takich powodów nie wolno ryzykować ludzkim życiem.

EW: - AA nie jest konkurencją dla ośrodków profesjonalnych - przeciwnie: obie formuły się uzupełniają.

- Czy ludzie, którzy zdecydują się pójść na spotkania AA, muszą de facto zerwać ze swoim dotychczasowym środowiskiem?

WO: - W okresie, kiedy wracają do zdrowia - powinni. Po latach mogą się spotkać znowu.
- Często zresztą to środowisko zrywa z nimi, bo "skoro się z nami nie napijesz"...

EW: - Rzeczywiście, jeżeli przynależność do grupy opiera się przede wszystkim na piciu, to z jednej albo z drugiej strony następuje zwykle zerwanie. Ale ludzie normalnie pijący nie mają powodu zrywać z trzeźwiejącym alkoholikiem: dalej używają alkoholu, a alkoholik już nie. Lecz w początkach trzeźwienia, kiedy pokusy są jeszcze żywe, bezpieczniej jest nie chodzić na bankiety alkoholowe i do knajp.

WO: - Ja z pierwszego Sylwestra po rozpoczęciu trzeźwienia uciekłem. Byłem wśród znajomych i w pewnym momencie zaczęło się robić wielkie pijaństwo. Poczułem dyskomfort. Zdałem sobie sprawę, że albo muszę się napić, by być jak oni, albo wyjść.

- Nie pojawia się u Pana poczucie wyższości - że ja już nie piję, a oni...?

WO: - Nie. Mam za to poczucie, że nie pijąc bronię swojego życia i że mam do tego prawo. W praktyce chronię się w ten sposób, że pewnych sytuacji - kiedy się dużo pije - staram się unikać. A to dlatego, że powoli uczę się siebie kochać. Bo alkoholik jest wprawdzie egocentryczny, ale nie lubi siebie kochać. Inaczej by tak nie nadużywał swego organizmu i życia.

EW: - Przydałoby się u nas trochę snobizmu na niepicie alkoholu.

WO: - Ale nie poczucia wyższości ze strony alkoholików, którym udało się przestać. Niektórzy mają wrażenie, że wszyscy są alkoholikami i trzeba im na siłę pomagać. Ale to przechodzi: człowiek uczy się, że nikomu nie pomoże lepiej niż swoim przykładem.

- W Polsce AA postrzega się czasem jako niemalże sektę czy podejrzany ruch na podobieństwo Amwaya.

EW: - AA nie opiera się na werbunku członków, lecz wyłącznie na gotowości do pomocy tym, którzy sami przyjdą na mityng.

WO: - Tę pasywność można zresztą uznać za wadę AA w Polsce. Być może wielu alkoholików, którzy nie byli gotowi przyjść sami, umarło. W Stanach Zjednoczonych członkowie AA aktywniej występują na zewnątrz: odwiedzają izby wytrzeźwień, oddziały detoksykacyjne, więzienia i opowiadają o sobie: jak pili i co się stało, że przestali. Zostawiają informacje o mityngach dla chętnych - i koniec. Nie jest to żadne łapanie dusz. Nie ma mowy o żadnych nagrodach. Jedynie pokazanie własnego przykładu.

Sam świadomie złamałem anonimowość w nadziei, że to może komuś pomóc. I wierzę, że paru osobom pomogło. Ba, niemal to wyreżyserowałem. Na początku lat 90. zwróciła się do mnie Irena Dziedzic o wywiad na temat prac komisji konstytucyjnej, której byłem ekspertem. Postawiłem warunek: zaczniemy od konstytucji, ale potem zajmiemy się alkoholizmem. Zdziwiła się. Wyjaśniłem, że gdyby pojawił się w telewizji nieznany człowiek i oznajmił, że jest alkoholikiem, to widzowie by powiedzieli: “Jakiś menel!”. Wtedy się zgodziła: przez pierwsze 13 minut tytułowała mnie ,,Panie Profesorze” i funkcjonowałem jako fachowiec od ważnych spraw w państwie. I wtedy oznajmiłem: jestem alkoholikiem. Ludzie zobaczyli, że można być alkoholikiem i niekoniecznie leżeć w rynsztoku, lecz mieć tzw. pozycję społeczną i występować w telewizji w białym kołnierzyku.

EW: - W Stanach Zjednoczonych świadomość społeczna na temat alkoholizmu, jego leczenia i metod pomocy rozwinęła się lawinowo po 1981 roku, kiedy żona eksprezydenta Geralda Forda, Betty ogłosiła w telewizji, że ma problem z alkoholem i dlatego zakłada ośrodek odwykowy w San Diego. Zaczęły tam jeździć gwiazdy sportu i ekranu - m.in. Liza Minnelli i Elisabeth Taylor. Ci sławni ludzie zaczęli głośno przyznawać, że mają ten problem. Dla ludzi, którzy są o wiele niżej w hierarchii społecznej i we własnym poczuciu wartości, zbawienne może być, że ktoś taki opowiada im, że też jest alkoholikiem, ale potrafił przestać.
- Za co jeszcze krytykowany jest ruch AA w Polsce?

EW: - Są tacy, którzy twierdzą, że AA sprowadza się do opowiadania, jak się pije. To nieprawda. Owszem, na mityngach przedstawia się swoje piciorysy, ale głównie rozmawia się o uczuciach: pokorze, szczęściu, miłości albo o trudnych przeżyciach. Ludzie dzielą się tak doświadczeniem, jak nadzieją.

WO: - Niektórzy księża oskarżają AA o zbytni permisywizm czy tolerancję wobec alkoholików - bo ci mają jakoby tylko przyjść na mityng i nie muszą pokutować za swe grzechy. Ale to nieprawda - dowodem obowiązek zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy wynikający z Dwunastu Kroków.

EW: - Na Zachodzie tak podejście do AA, jak do alkoholizmu, jest zupełnie inne. Niedawno poznałam pewnego Amerykanina. Gdy dowiedział się, czym się zajmuję, stwierdził, że jest alkoholikiem. I opowiedział niezwykłą historię. Jego 19-letni syn był w college’u. Przyjechał do domu na wakacje i przy kolacji opowiadał, że któryś z jego przyjaciół miał przykrości z powodu alkoholu, więc on w związku z tym postanowił nie pić do 21 roku życia. Ojciec był zbudowany taką postawą syna, bo przecież rodzice zawsze truchleją, co tam ich dzieci poza domem robią. Podał mu rękę i oznajmił: będę ci przez te trzy lata towarzyszył. I opowiada mi: Syn wyjechał, a ja trzy miesiące o niczym nie mogłem myśleć, tylko o piwie. Potem mi przeszło, ale uznałem, że skoro mam taką obsesję, to jestem alkoholikiem. Bo rzeczywiście: jeśli myślenie skupia się na tym, czy się napić, kiedy i czy mam za co itd., nie jest w porządku. Tymczasem w Polsce, by ktoś uznał się - bądź został uznany - za alkoholika, musi wywoływać awantury itd. Kiedyś spytałam lekarza z izby wytrzeźwień, ilu ma średnio alkoholików na dobę? Odpowiedział beztrosko, że na 11 lat pracy ze dwóch mu się zdarzyło...

Inny przykład. Niedawno jeden z pacjentów-obcokrajowców poprosił mnie, bym pomogła zaadaptować się w Polsce Amerykaninowi, którego on spotkał na mityngu AA, a który przyjechał do Warszawy na studia. Okazuje się, że on od czasu do czasu musi poddawać się testom na obecność substancji uzależniających w organizmie i odsyłać wyniki do Stanów. Pomyślałam: narozrabiał i sąd mu nakazał przedstawiać rezultaty badania moczu. Tymczasem opowiada mi, że nigdy nie był w sądzie, ale na jego amerykańskiej uczelni każdy student ma starszego doradcę, który dba o prawidłowy rozwój kariery pupila. Ów patron zauważył, że on pije sporo piwa i zalecił mu, by poszedł do AA. Zobowiązał go też, że skoro jedzie do Polski, gdzie dużo się pije, na każde żądanie ma przesyłać do Stanów zaświadczenie, że jest czysty od alkoholu. I on sam się temu ochoczo poddał, bo bardziej chce być prawnikiem niż sobie popijać.

WO: - Ja nie wykorzystałem takiej szansy. Kiedy na studiach pojechałem do Poznania na konkurs krasomówczy, prof. Andrzej Murzynowski zauważył: “Ma pan wspaniałą głowę, ale słyszałem, że lubi pan sobie popić, a z tym nikt jeszcze nie wygrał”. Sądziłem oczywiście, że przesadza. Teraz wspominam go z sentymentem, bo pierwszy mnie ostrzegał.

EW: - A najbardziej niebywałe jest to, że w USA interweniuje się nie wtedy, kiedy problem już się pojawił, bo ten chłopak nie ma przecież jeszcze kłopotów z alkoholem, ale profilaktycznie. Nie bez powodu właśnie w Stanach opracowano popularne testy na 9 najpopularniejszych substancji uzależniających (m.in. alkohol, marihuanę, amfetaminę i kokainę).

I znowu: w Polsce popularne są rozmaite ślubowania - choćby dzieci przystępujące do I komunii przysięgają, że do 18. roku życia nie wezmą alkoholu do ust. Jak się to kończy, wiemy. Amerykanie są lepszymi psychologami: nie opierają się na ślubowaniu, lecz na upowszechnieniu testów.
- To jest bliskie zasadzie AA, że rzecz nie w tym, by przysięgać sobie i innym, że nie wypije się przez miesiąc, rok czy do końca życia, ale w tym, by nie wypić dzisiaj.

WO: - Miesiąc bez picia wytrzyma każdy alkoholik. Kościół ogłasza sierpień miesiącem trzeźwości - i faktycznie, wielu wiernych wtedy nie pije, ale od 1 września znowu są nawaleni. Prawdziwym sprawdzianem nie jest to, by nie pić przez cały sierpień, ale by przez ten miesiąc pić najwyżej kieliszek dziennie. Inny błąd księży polega na tym, że mówią wiernym w kazaniach: zastanówcie się, czy wasi mężowie i synowie nie piją przez was! A alkoholik tylko marzy o tym, by mógł powiedzieć, że pije przez brzydką żonę, zrzędliwą matkę czy nieudane dzieci.

- A jakie są słabe punkty ruchu AA w Polsce?

WO: - Pierwszy to niezrozumienie instytucji tzw. sponsora w AA. Chodzi o zasadę, że osoba, która bierze udział w mityngach AA, po jakimś czasie wybiera sobie opiekuna, czyli kogoś z większym stażem w trzeźwości, który może udzielać wskazówek w trudnych sytuacjach itd. Jest to konieczne, bo przecież na samych mityngach AA nie udziela się rad, nie krytykuje nikogo, nie polemizuje, a jedynie dzieli własnym doświadczeniem, siłą i nadzieją. Jak stwierdzicie, na przykład, że musicie się napić, bo wasz zawód albo pozycja społeczna tego wymaga, to nie odparuję wam, że gadacie głupoty. Opowiem za to, że 15 lat temu też mi się wydawało, że muszę się napić, bo mam określoną pozycję społeczną i dopiero później uświadomiłem sobie, że to jest moje zakłamanie i żadna pozycja społeczna do picia mnie nie zmuszała. Co ważne: mogę mówić o sobie tylko w czasie przeszłym i nie mogę udzielać rad. Jak ktoś powie na mityngu, że nie może sobie poradzić z żoną i dzieckiem w domu, bo go irytują, nie mogę powiedzieć mu: pisz dziennik uczuć. Mogę jedynie zauważyć, że też się złościłem na najbliższych, ale zacząłem pisać dziennik uczuć, to mi pomogło. Natomiast sponsor to jest ktoś, kto może powiedzieć wprost: zacznij pisać dziennik uczuć.

- Ale tylko face to face?

WO: - Tak. Sponsor daje gwarancję intymności i zaufania. To ważne m.in. dlatego, że z piciem wiążę się wiele problemów seksualnych. Dlatego sponsorem nie powinna być osoba innej płci, a w przypadku homoseksualistów - tej samej płci.

Tymczasem w Polsce instytucja ta słabo się rozwija. Wynika to z destruktywnego polskiego indywidualizmu. Skądinąd sam alkoholizm jest skutkiem przerostu indywidualizmu. Nie znam dwóch bardziej indywidualistycznych kultur niż polska i amerykańska. Tyle że ta druga jest konstruktywna, bo stworzono w niej mechanizmy rynkowe i prawne, które pożytkują indywidualizm obywateli. M.in. to silny indywidualizm i wyrastające z niego przekonanie, że każdy musi sam decydować o sobie, powoduje, że Amerykanie tak chętnie chodzą na mityngi AA.

Drugą, pozornie błahą, lecz uciążliwą, słabością AA w Polsce jest brak dyscypliny na mityngach. Niby jest prowadzący, ale przeważnie okazuje się tak przerażony swoją rolą, że nie przerywa nawet najdłuższych wypowiedzi, choć inni też chcą coś powiedzieć.

- Trudno komuś przerwać, jak otwiera duszę...

WO: - Dlatego czas wypowiedzi powinien być ściśle określony.

Trzecia słabość wynika paradoksalnie ze zbyt szybkiego rozwoju AA w Polsce w połowie lat 80. Z kilkudziesięciu grup powstało wtedy prawie tysiąc. Tyle że na mityngach mamy dzielić się doświadczeniem w trzeźwości: mam opowiedzieć, co czułem, gdy piłem, jak pić przestałem i jak się potem zmieniło moje życie. Dlatego w każdej grupie AA powinno być więcej trzeźwości niż pijaństwa: kilku przynajmniej ludzi, którzy mają jakiś staż w trzeźwości - rok, dwa, by mogli się podzielić tym doświadczeniem. A takich siłą rzeczy było u nas z początku jeszcze niewielu. W efekcie na mityngach było więcej piciorysów niż życiorysów już niepijących osób. A że piciorysy to opowiadanie, jak się piło, więc niewiele można się z nich nauczyć.
Ostatnio to się powoli zmienia. AA w Polsce ma 30 lat, co znaczy, że żyją wśród nas alkoholicy, którzy mają za sobą nawet trzydzieści lat trzeźwości. Ale wciąż trzeba dbać o to, by w każdej grupie byli ludzie, którzy mają za sobą długą trzeźwość i mogą być przykładem dla nowych.

Z kolei to, że mityngi AA często są w Polsce prowadzone przy kościołach, groziło utożsamianiem “jakkolwiek rozumianego” Boga z Dwunastu Kroków z Bogiem katolickim.

- W myśleniu o wychodzeniu z alkoholizmu nastąpiła ostatnio rewolucyjna zmiana: kiedyś sądzono, że alkoholik musi dotrzeć do dna, bo dopiero wtedy ma szansę się skutecznie odbić. Teraz podejście nie jest już chyba tak radykalne.

EW: - Już w 1973 r. amerykański psycholog Vernon E. Johnson napisał książkę “Od jutra nie piję”, w której dowodził, że alkoholika można postawić wobec okoliczności, które sprawią, że wcześniej poczuje, iż osiągnie dno: gdy o jego problemie dowie się ktoś dla niego ważny, straci pracę lub inne dobro, które może cenić, lub stanie przed sądem.

WO: - Dowodem, że to działa, jest wasza tu obecność. Jesteście młodzi, nie straciliście rodziny, zdrowia i pracy, a zadajecie sobie pytanie: może jestem alkoholikiem? Jak ja zaczynałem się leczyć, miałem 38 lat i w Polsce byłem jednym z najmłodszych w AA, bo większość to byli ludzie po pięćdziesiątce czy sześćdziesiątce, którzy już wszystko stracili. W Stanach natomiast jedna trzecia AA nie przekraczała wtedy trzydziestki i zwykle w życiu nie tknęła niczego poza piwem.

Wy już słyszeliście coś o AA. Ja na początku nie słyszałem nic. Mówili mi, że jestem sk...syn i alkoholik, i że jestem wspaniały, jak nie piję i szatan, jak piję. Ale nikt mi nie mówił, że jest możliwa pomoc, ani że alkoholizm to choroba. Gdybym nie pojechał do Ameryki, to w Polsce zapiłbym się na śmierć.

Pojęcie dna zostało w tym sensie podniesione.

- I to jest to modne ostatnio redukowanie szkód?

WO: - Redukowanie szkód nie dotyczy alkoholika, tylko strat dla społeczeństwa wywołanych zachowaniem ludzi pijących nieodpowiedzialnie: agresji, przemocy wobec dzieci, nadużywania alkoholu w miejscu pracy, jazdy po pijanemu, wielu chorób spowodowanych nadużywaniem itp.

EW: - Kiedyś mówiono, na przykład, że alkohol szkodzi tylko w początkach ciąży. Dziś wiadomo, że wystarczy, by kiedykolwiek podczas 9 miesięcy ciężarna wypiła kieliszek wina i może to wywołać zakłócenie rozwoju płodu, które potem objawi się w nadpobudliwości dziecka, słabej pamięci bądź jakichś przypadłościach neurologicznych. W Polsce nie są tego świadome nie tylko kobiety, ale i niektórzy lekarze. Kiedy córka spodziewała się dziecka, wybitny pan doktor mówił: pani jest taka szczuplutka i blada, więc lampkę czerwonego wina może pani sobie wypić. Niektórzy mówią: lampka wina dla zdrowia. Prawda, ale dotyczy to ludzi po 65 roku życiu zagrożonych chorobą wieńcową. Zresztą jeżeli ktoś powie Polakowi, że mu parę kropli nie zaszkodzi, to zaraz pół litra poleci w jedno posiedzenie.

- Czy skuteczność terapii antyalkoholowej przy tym "podwyższonym" dnie nie jest jednak, paradoksalnie, mniejsza?

EW: - Bywa różnie. Jeżeli ktoś sięgnie rzeczywistego dna i straci wszystko, nie trzeba go już przekonywać, że alkohol w jego życiu odgrywa destrukcyjną rolę. Jeżeli ktoś niewiele utraci, to może się łudzić: “jeszcze sobie mogę popić”. I ma rację w jakimś sensie. Z drugiej strony ma więcej do ocalenia: jest jeszcze młody, jeszcze nie ma dzieci po domach dziecka, jeszcze nie ma za sobą ciężkich chorób.
WO: - Ma więcej życia do dobrego przeżycia.

Dlatego zadając sobie pytanie, czy jest się alkoholikiem, trzeba się zastanowić, co w moim życiu popsuł alkohol: przypomnieć sobie przypadki bezsilności i utraty kontroli nad własnym życiem. Wspólnota AA jest klubem o najwyższym wpisowym na świecie. Policzyłem: gdybym nie pił, byłbym dziś milionerem. Wydawałem pieniądze na wódkę, a potem na prezenty dla żony, by mnie z domu nie wyrzuciła, gdy wrócę nawalony. Równocześnie jest to najbardziej demokratyczny klub na świecie: mogą doń wstąpić i bogaci, i biedni.

EW: - Prócz bezpośrednich skutków picia ważne jest zwrócenie uwagi na coś, co można nazwać pogorszeniem jakości życia. Nawet ludzie nie gotowi do decyzji o zerwaniu z alkoholem, zwykle przyznają, że w ich życiu jest jakaś niedobra tkanka z nim związana. Chodzi choćby o dumę z siebie. Taką, że kiedy się budzę, to cieszę się, że jestem sobą. Alkoholik to traci. Nie od razu, nie pierwszego dnia, ale w miarę nadmiernego picia duma uchodzi z człowieka. Bo pijaństwo polega m.in. na tym, że człowiek robi coś, czego nie chce.

- Bywa, że picie sprawia, iż świat jest piękny.

WO: - Jeżeli ktoś może co noc chodzić do pubu i nie ma kłopotów - to fantastycznie. Ale jeżeli one się pojawiają, lepiej na jakiś czas przenieść się do kawiarni. Potem można spróbować wrócić do pubu. Ja - alkoholik po ponad 21 latach trzeźwości - mogę już dziś iść do pubu i bez specjalnego problemu nie pić. Lecz jeszcze 20 lat temu to bym szybko wyszedł albo nie wyszedł w ogóle.

- A chodzi Pan dalej na mityngi?

WO: Rzadko. Idę, gdy ktoś nowy mnie poprosi, bo wiem, jak sam niepewnie się czułem na pierwszym mityngu. Idę też, gdy długo nie mogę sobie poradzić z jakimś problemem, albo gdy mam kolejną rocznicę niepicia. A prawie codziennie chodzę, gdy jestem w Budapeszcie. Pracuję tam przez miesiąc w roku, a że nie znam węgierskiego, więc czuję się samotnie. Wtedy idę, bo tam znajduję rodzinę.

- Czy mityngi nie są rodzajem picia bez alkoholu?

WO: - Może, ale nieszkodliwym. Przestałem pić mniej więcej w tym czasie, co jeden z moich przyjaciół. Ja poszedłem do AA, on się zaszył. Przyszedł kiedyś na mityng, wysłuchał i powiedział, że nie będzie zależny od grupy. Nawet gdyby taka zależność istniała, mnie ona nie przeszkadza. O ile zależność od alkoholu mnie i innych zabijała, to zależność od grupy AA pomaga mi funkcjonować i żyć.

EW: - Ważną wskazówką dla diagnozy jest stopień autodestrukcji. Bo jeżeli człowiek mimo picia jest zdolny do uczuć, do tego żeby kochać - dziewczynę, chłopaka, mamę i tatę, psa choćby, by się wzruszać, współczuć, to znaczy że nie jest jeszcze zniszczony emocjonalnie. Ma więc szansę.

- Każdy alkoholik jak przestaje pić, ma poczucie winy...

WO: - W Krakowie są otwarte mityngi, lepiej pójdźcie na kilka, zapiszcie parę wniosków, z którymi się utożsamiacie i wyjdzie wam, czy się leczyć.

- Niektórzy mówią, że łatwiej jest im poderwać dziewczyny po alkoholu...

EW: - Dziewczyny powoli mądrzeją.

WO: - Chciałbym, nawet dzisiaj, bez alkoholu łatwiej nawiązywać kontakt z dziewczynami. Nie umiem. Żeby mi poszło łatwiej, musiałbym się napić, ale tego nie chcę.
EW: - Dopóki człowiek odczuwa radość życia, nie zacznie się leczyć. Kłopot w tym, że nie wiadomo, kiedy ta radość pryska. Gdyby była jakaś miarka, łatwo byłoby ustalić, komu grozi alkoholizm. Pewne jest jedno: nie ma szczęśliwego alkoholika.

WO: - Jest za to dużo wesołych alkoholików.

- Trawestując frazę Jerzego Pilcha z "Pod mocnym aniołem": przyszło nam do głowy, żeby nie pić...

Wiktor O. jest nie pijącym alkoholikiem, z ponad 20-letnim stażem w AA.

Dr Ewa Woydyłło jest psychoterapeutką w stołecznym Instytucie Psychiatrii i Neurologii oraz dyrektorem programu Przeciwdziałanie Uzależnieniom Fundacji im. Batorego. Napisała m.in.: “Wybieram wolność” i “W zgodzie ze sobą”.

Z broszury: "Czy AA jest dla Ciebie?"
Tylko Ty możesz zdecydować, czy AA jest szansą dla Ciebie. My staliśmy się członkami AA. Zdecydowaliśmy się spróbować stawić czoło temu, co alkohol zrobił z nami. Oto niektóre z pytań, na które staraliśmy się odpowiedzieć uczciwie. Jeśli odpowiedzieliśmy cztery lub więcej razy TAK, uznaliśmy, że mamy poważny problem z piciem. Zobacz, ile razy Ty odpowiesz TAK. Przyznanie się, że masz problem, nie hańbi.

1. Czy kiedykolwiek postanawiałeś nie pić tydzień i dłużej, a udało Ci się tylko przez kilka dni?
2. Czy chciałbyś, żeby ludzie zajęli się swoimi sprawami, a nie Twoim piciem i przestali mówić Ci, co masz robić?
3. Czy kiedykolwiek zmieniałeś rodzaj alkoholu, mając nadzieję, że to powstrzyma Cię od picia?
4. Czy w ciągu ostatniego roku, po przebudzeniu się, musiałeś skorzystać z "klina"?
5. Czy kiedykolwiek zazdrościłeś ludziom, którzy piją i nie wpadają z tego powodu w kłopoty?
6. Czy miałeś w ciągu minionego roku problemy wynikające z picia alkoholu?
7. Czy Twoje picie powoduje kłopoty rodzinne?
8. Czy kiedykolwiek próbowałeś wypić na przyjęciu "jeszcze jeden kieliszek", bo ciągle było Ci

za mało?
9. Czy wmawiasz w siebie, że możesz przestać pić kiedykolwiek chcesz, mimo że upijasz się wbrew swej woli?
10. Czy kiedykolwiek nie byłeś w pracy lub w szkole z powodu picia alkoholu?
11. Czy miałeś "urwane filmy"?
12. Czy kiedykolwiek miałeś wrażenie, że Twoje życie byłoby lepsze, gdybyś nie pił?

 
Wszelkie prawa zastrzeżone "Spiker" Poznań 2008-2017